czwartek, 4 grudnia 2014

Dirty paws

Grudzień przywitał nas wszystkich porządną dawką chłodu. Może to dobrze, może to już ten czas by przytulić się do rozgrzanego kaloryfera, zapleść palce na kubku z (kolejną) gorącą herbatą i tracić czucie w palcach przy każdym wyjściu z domu. Może to już czas, by spadł śnieg i przypomniał, że jeszcze chwilka, jeszcze moment i wrócę, do ciepłych ramion, gorących serc, stęsknionych oczu. Wrócę do moich najwspanialszych przyjaciół, którzy za każdym razem gdy jest źle, udowadniają mi, że dla takich ludzi jak oni warto się starać.

Trochę wybiłam się z rytmu, i choć kilkakrotnie zabierałam się za pisanie... Nie potrafiłam. Cóż, nic nie poradzę, ten blog już chyba zawsze będzie kojarzył mi się w pewien sposób z Kordianem. Przemilczę całą te sytuację, bo mimo wszystko, gdy coś nas choć odrobinę dotyczy (pod różnymi względami), wówczas również nas zwyczajnie dotyka. Czasem bardzo dotkliwie.

W pewnym sensie zamknęłam za sobą pewien etap, zostawiłam daleko w tyle żal i smutek, może i frustrację. Niekiedy coś musi pęknąć w człowieku, by móc zacząć budować i układać na nowo. Teraz jest łatwiej, lżej wewnętrznie. Cieplej. Ja już przeżyłam swoją wewnętrzną zimę, szarpaninę z sobą samą i własnymi emocjami, stałam się silniejsza o te kilka przykrych doświadczeń, ale i to mnie czegoś nauczyło.

Trochę wyleczyłam się ze znieczulicy, która pod natłokiem problemów, przylgnęła do mnie jak pasożyt i wysysała ostatki sił. W końcu lepiej czuć ból, niż nie czuć niczego. Jest w tym bardzo głęboki sens. Bo chwilami to właśnie pustka i bezruch bolą najbardziej, to właśnie stagnacja i brak wzruszeń odbierają człowieczeństwo, a nie wszechobecne dramaty i tragedie.

Trochę leczę się z niepewności względem swoich decyzji, względem siebie. Powoli przypominam sobie, jak chciałabym się widzieć. Jak się postrzegać, by sobie samej nie utrudniać. Długa droga przede mną.

Celebruję każdą emocję, niezwiązaną z uczelnią i studiami. Cieszę się ludźmi dookoła, śmieję się z nimi i żartuję, jesteśmy całkiem zabawną paczką indywiduów. Patrzę na nich i widzę milion życiowych historii, gdzieś głęboko, pod skórą. Milion doświadczeń, milion różnych spojrzeń na te same drobiazgi codziennego życia. Cieszę się piciem wina z butelki w kwiatki, odrobiną snu ponad normę, powrotami do ciepłego mieszkania po zajęciach. Cieszę się, myśląc o moim Kocie, o mojej Klołi, mojej Aś, An i Szklarzu. Cieszę się, bo wiem, że popłyną łzy, ale to będą łzy szczęścia.

I to tylko jeszcze chwila, jeszcze moment, aż zapachnie dookoła piernikami, które uwielbiam piec. Aż odkurzę półki z kochanymi książkami w pokoju, na drugim końcu Polski, i będę gdzieś, gdzie wszystko jest znane, swoje, by potem znów wrócić tu, oswajać rzeczywistość na nowo i cieszyć się, że zwyczajnie mogę to robić. Że oswojone wcale nie oznacza lepszego. Przyda się trochę zachwytów i wzruszeń w te święta.

W pewnym sensie nie ważne gdzie się jest, tylko kim się jest. Ważne, czy się o tym pamięta, by siebie nie stracić, choćby w najmniejszej części. Mi brakuje jakiegoś swojego ułamka, ale to nie szkodzi, to dobrze. Gdzieś w między czasie przecież trzeba odrobinę dojrzeć.

Póki co wdrożyłam się do reszty w uczelniany tryb, chociaż muszę przyznać, że zajęło mi to ogrom czasu. Powoli wszystko toczy się do przodu, wygrywam z biofizyką, chemia wygrywa ze mną, całą połową punktu brakującą do zaliczenia, histologia toczy się miarowo i stabilnie, anatomia uwiera, ale tylko gdy się zbyt mocno myśli o styczniowym kole itp. itd. Momentami trochę narzekam, ale w gruncie rzeczy... nie zamieniłabym tych studiów na żadne inne :) I tego się trzymajmy.


środa, 22 października 2014

Demon host

Dzisiejszy deszczowy dzień pozwolił się trochę wyciszyć. Zebrać myśli, pozwolić sobie na chwilę popołudniowego snu. Lubię takie chwile, kiedy świat rozmywa się dookoła mnie, kiedy krople deszczu spływają po szybie, tworząc cudowny aliaż wodnych labiryntów. Lubię chłodne orzeźwienie, które owiewa twarz nim zdążę dotrzeć na uczelnię. I choć zgrabiały mi dłonie, a parasol próbował się wyrwać z rąk przy każdym podmuchu wiatru - wcale nie narzekałam na pogodę. Uśmiechałam się pod nosem, bo taka jesień też ma swój urok. Mglisty, deszczowy, czasem nieco mroczny... Sprawia, że chcąc nie chcąc przystaję na moment i zaglądam wgłąb siebie.

Dni upływają mi coraz szybciej. Pewnie ze względu na ilość nauki, która nie pozwala marnować czasu na byle fanaberie. Odnoszę wrażenie, że i tak nie robię wszystkiego co chciałabym zrobić, że nigdy nie umiem na tyle na ile powinnam, ale doba niestety nie da się rozciągnąć, a zdrowy rozsądek podpowiada, że regeneracja sił pozwoli zachować trochę energii na resztę roku.

W tamten weekend udało mi się na chwilę wyjść z ludźmi z grupy, nieco odpocząć, trochę rzeczy powtórzyć, trochę nowych przyswoić - okazuje się, że czas da się znaleźć na wszystko, z chęciami może być gorzej. Kolejna sobota też zapowiada się dość ciekawie :)

Cieszę się, że udaje mi się odnaleźć własny sposób na urozmaicenie sobie siedzenia nad książkami. Korzystam z moich małych pasji rysując kości, stawy, więzadła i dzięki temu nie dość, że się odprężam, to jeszcze udaje mi się więcej zapamiętać. Co prawda nie są to z pewnością arcydzieła, ale dają jakąś tam odrobinę satysfakcji.

Trochę uwiera wkuwanie na pamięć wzorów, nazw itd., ale nie ma co się nad sobą roztkliwiać pod tym względem. Po prostu trzeba przysiąść i tyle, innych opcji brak. Chemia trochę nudzi, biofizyka przeraża, ale póki co jest do przeżycia, histologia idzie dość gładko i sprawnie, chociaż też wymaga nakładu wysiłku.

Szukam na co dzień małych uciech i drobnych radości, by nie zwariować w natłoku wszystkiego. Próbuję nie myśleć o tęsknocie i nie marnować "wolnych" chwil. I tak sobie żyję od poniedziałku do piątku, od soboty do niedzieli. Odliczam dni do pewnych spotkań i chwilami zdarza mi się być smutną, ale równocześnie wiem, że muszę być silna, nie rozpadać się. Tutaj pozbierać mogę mnie tylko ja, nikt nie utuli w ramionach.


sobota, 11 października 2014

Going back home

Miasto Marzeń nie zachwyca dziś pogodą. Wielka szkoda, bo po trudach biegłego tygodnia chciałoby się chwilę odetchnąć, wygrzewając twarz w promieniach jesiennego słońca. Nawet kosztem napawania się ciepłem w towarzystwie skryptu do biofizyki.

No tak, bo przecież zabawa rozpoczęła się na dobre, a ja cały ten czas nie mogłam się zebrać, by dzielić się swoimi wrażeniami na bieżąco. Może dlatego, że wszystko spadło na mnie w ułamku sekundy, a poukładanie sobie w głowie całego tego chaosu wymagało dużo większego nakładu czasu.

Pierwszy tydzień upłynął mi na dziwnych przygodach ze współlokatorem-widmo, radzeniu sobie z chwilowym podłamaniem i przerażeniem, i wreszcie na poznawaniu ogromu nowych ludzi, których imion nie byłam w stanie zapamiętać. Wbrew pozorom to było dość wyczerpujące, zwłaszcza dla kogoś, kto w tłumie czuje się bardzo nieswojo. Niemniej dzięki natłokowi wrażeń udało mi się zapomnieć o lęku i odzyskać entuzjazm. Kolejne 5 dni roboczych nie były już tak wielkim szokiem.

Pierwszy dzień na uczelni upłynął pod znakiem anatomii - tu muszę przyznać, że najbardziej ciekawa byłam asystentów, ze względu na krążące po uczelni legendy o pewnych personach. Okazało się, że mojej grupie w udziale przypadły dwie niesamowite panie, które rozumieją, że to co dla nich jest oczywiste, dla nas często jest czarną magią. Podoba mi się ich podejście, pasja i chęć zmobilizowania nas poprzez zwracanie uwagi na różnego typu ciekawostki. Póki co jestem zachwycona :)

Preparowanie również nie było aż tak straszne, jak mogłoby się wydawać; choć przyznam, że przez pierwsze kilka minut w sali ze zwłokami czułam się nieswojo. Później zdecydowanie było łatwiej. Nie do końca podoba mi się zachowanie niektórych ludzi na ćwiczeniach. Może jestem przewrażliwiona, ale pewne żarty są wręcz niesmaczne, zważając na to, że mamy do czynienia z ludzkim ciałem; z ciałem kogoś, kto chciał się poświęcić w imię nauki i to naprawdę wyjątkowy prezent dla nas, studentów, bo gdyby nie to - nauka byłaby ograniczona wyłącznie do teorii. Nie chcę tu gdybać i generalizować, ale może z czasem to wszystko zacznie wyglądać inaczej. Może to po prostu pierwsze reakcje, nieumiejętność przystosowania się do nowej sytuacji. Przynajmniej taką mam nadzieję...

Wyszłam z założenia, że nie mam zamiaru oceniać nikogo po pozorach i tego się trzymam. Wiadomo, jedni robią lepsze, drudzy gorsze wrażenie, ale nie staram się do nikogo dystansować tylko z tego powodu. Co prawda ciężko mi tu odnaleźć swoje miejsce w towarzystwie, bo zawieranie nowych znajomości i przyjaźni nigdy nie było moją mocną stroną, ale jednak staram się nie odcinać od ludzi. Duże wyzwanie, jak na kogoś kto jest typowym introwertykiem. Póki co mocno się staram i nie poddaję. Ciekawe jak długo.

Z całą pewnością największym utrapieniem tego semestru będzie biofizyka. Pewnie po trosze wynika to głównie z mojego dotychczasowego nieprzykładania się do licealnej fizyki i matmy... Mniejsza. Wierzę, że jakoś uda mi się wyjść z tej potyczki zwycięską ręką, nawet jeśli będzie to okupione cotygodniowym weekendem z niebieską książeczką, a później pewnie i z tycim tomem Jaroszyka. Zresztą chyba wszyscy mają z tym problem, co jest nieco pocieszające.

Na pewno najciężej jest się przestawić. Tryb licealny ma się nijak do nauki anatomii, biofizyki, czy czegokolwiek innego. Pierdyliard łacińskich nazw i końcówek daje się we znaki, ale widzę, że z czasem i to staje się mniejszym problemem. Wiedza umyka i wymaga ciągłego powtarzania, jednak efekty cieszą. Początkowa dezorientacja powoli ustępuje miejsca bardzo pozytywnemu nastawieniu. Mam w sobie niezmierzone pokłady ciekawości względem wszystkiego, czego się uczę i to jak najbardziej pomaga. I choć moje życie teraz obróciło się do góry nogami i łączy się to z wieloma problemami na niwie prywatnej, choć sam mój tryb życia jest chwilowo zupełnie niezdrowy i pod tym względem nie jestem z siebie dumna - wiem, że powoli wkraczam na odpowiednie tory. Czuję jak wraca spokój ducha, tęsknota uwiera, ale zaczyna motywować i przede wszystkim - zaczynam sobie przypominać, że cały ten trud kiedyś doprowadzi mnie do tego co chcę robić w życiu.

Więc zamiast poszukiwać szczęścia - zaczynam być szczęśliwa dzięki temu co tu i teraz. I czuję się, jak w domu. Może to prawda, że ten prawdziwy dom to wcale nie budynek; że nosimy go wciąż w sobie, my sami nim jesteśmy; że w gruncie rzeczy to po prostu nasze miejsce w rzeczywistości.
Może właśnie taki dom w sobie odnalazłam. I chociaż przez pewien czas bałam się, że odległość sprawi, że będzie pusty - on wciąż jest pełen ludzi. Pewnie jeszcze dużo czasu upłynie, zanim jego drzwi otworzą się przed kimś nowym, jednak najważniejsze jest dla mnie to, że wbrew przeciwnościom zostało w nim miejsce dla mojego Kota. Teraz wygrzewa się na swoim legowisku daleko ode mnie, ale wciąż ma swoje miejsce w moim sercu, nawet jeśli jest ono inne niż dotychczas. I to właśnie jest piękne. Czasem nowy początek wcale nie oznacza końca tego co było.



sobota, 13 września 2014

I know you care

Jesień zaczęła panoszyć się za oknami. Wydaje mi się, że zjawiła się zupełnie niespodziewanie, a może po prostu to ja nie zauważyłam, jak wkrada się do sadów, ogrodów i ludzkich serc. Jak cichutko szepce, głosem wiatru, dając o sobie znać. Jak mrozi wieczorami moje wiecznie lodowate dłonie, jak gdyby chciała mnie za nie chwycić i poprowadzić gdzieś daleko za horyzont, do krainy pożółkłych liści.

Kocham jesień, jak żadną inną porę roku, choć to burzliwa miłość. Czasem przysparza zbyt wiele wieczornych smutków; czasem odbiera siły, kradnąc coraz więcej promieni ospałego słońca. Mimo to ma w sobie tyle uroku. Przelotnej magii zamkniętej w kolorach liści, schnącej trawy; ukrytej w chłodzie pod nocnym niebem, pełnym gwiazd; zaklętej w szum deszczu za oknem.

Dla mnie jesień pachnie herbatą z cytryną i gorącym kakaem. Jest cudownie miękka w dotyku, jak wszystkie ciepłe swetry. Pełna zmian, podmuchów niespodziewanych wydarzeń, strącających z głowy wyciągnięty z szafy kapelusz. Daje ciche znaki, że może warto się nad nim zatrzymać na chwilę, powdychać głęboko wilgotne powietrze i jakoś wewnętrznie się oczyścić.

To chyba najlepsza pora, by się wyciszyć, odetchnąć, ruszyć do przodu albo przez moment pozwolić sobie na odrobinę stagnacji. W końcu nie ma lepszego akompaniamentu do zbierania myśli niż delikatny stukot kropel deszczu. Wieczorami, gdy nad ziemią zaczynają unosić się mgły, łatwiej się odciąć od tego, co uwiera. W końcu rozmyty obraz trochę zniekształca kontury, zazwyczaj tak ostre.

Jeszcze się z tym nie oswoiłam. Świadomość nadejścia kolejnej pory roku przyszła niedawno. Nic tak dobitnie nie przywodzi mi jej na myśl, jak zapach jabłek z sadu dziadka. Zaledwie kilka dni temu obierałam cały koszyk rzeczonych owoców i cóż, zrozumiałam, że czas pożegnać lato i dobiegające końca wakacje. Piękne, może nawet najpiękniejsze w dotychczasowym życiu, pełne cudownych chwil, spędzonych z wyjątkowymi ludźmi. Długie, leniwe, a mimo to poszerzające horyzonty. Może nie były doskonałe - tak jak te jabłka, prosto z sadu, które wyglądem zupełnie nie przypominają owoców ze sklepowych półek. Jak jabłka, spośród których wybrałam kilka robaczywych, kilka spleśniałych, przyniosły kilka zawodów. A mimo to były tak bardzo przepełnione różnymi dobrymi doświadczeniami. Odurzały milionem zapachów, z których każdy był bardziej intrygujący od poprzedniego.

Teraz przyjdzie mi zachować je w pamięci i wdychać zapachy jesieni. Rozczulać się nad jabłkami i cynamonem, jakby to one sprawiły, że lato przemknęło przez palce. Chyba trudno przywyknąć do myśli, że tym razem ta jesień będzie zupełnie inna niż co roku.

Tym razem prócz walki z jesienną melancholią, przyjdzie się zmierzyć z samotnością. A raczej z jej mroczną stroną, bo przecież często samotność nie jest niczym złym. Może nie będzie ona aż tak gorzka, jak o niej myślę; może, to będą tylko jej ochłapy. Niemniej próbuję wypełnić myśli jak najszczelniej wspomnieniami, by nie pozwolić jej się wedrzeć głębiej, gdzie stracę nad nią kontrolę.

Chciałabym wierzyć, że wszystko się z czasem poukłada. Rozsądek podpowiada, że przecież życie toczy się dalej. A jednak... Dla mnie czas się chwilowo zatrzymał. Nie teraz, a na początku tego roku. I tak naprawdę, te wakacje wcale nie były próżnią, w której tkwiłam zawieszona. Cały ten rok to od początku jeden wielki znak zapytania. Ogrom niepewności co do pewnego. Czas z tym skończyć. Nie rozdrapywać.

Najgorsze jest w tym wszystkim poczucie pustki. A raczej... bez-czucie. Chwilowe otępienie zmysłów, świat jakby zza jesiennej mgły. Ja wiem, że nawet jeśli przytłoczy mnie nadmiar obowiązków, prędzej czy później wszystko sobie powoli poukładam. Jak co roku. Mimo to trochę się boję. Nie studiów, nie samotności, nie nieznanego. Boję się tej nicości we mnie. Wewnętrznej znieczulicy. To boli najbardziej.

Zawsze mówiłam, że jesienią mogłabym się zdefiniować jednym słowem - nadwrażliwość. A co jeśli gdzieś w tym wszystkim ją zgubiłam? Jeśli wszystko straciło smak, kolor i zapach, mimo, że dookoła króluje aliaż rozmaitości? Jeśli każda część mojego ciała zamarła, a ja zostałam wyłącznie z własnymi myślami?

Kocham jesień. Jesień szczypie chłodem po twarzy, ale równocześnie ogrzewa serca. To idealna pora, by rozgościła się w moim. Tylko, że tam chwilowo zapanowała zima...

Pozostaje mi wierzyć, że po zimie w sercu nie zawsze przychodzi wiosna.


czwartek, 21 sierpnia 2014

Delicate

Jestem tylko człowiekiem. Nie przewiduję przyszłości, często pozwalam się rozkładać przeszłości w moim umyśle, dając przyzwolenie, by fetor biegłych wydarzeń wdarł się w moje myśli, by nim przesiąkły, a potem grzebię je wraz z tym co było, bo przez nie znów tracę teraźniejszość. Znowu zasypuję jej cząstkę, rodzące się przyszłe historie i tkwię próbując oczyścić umysł ze stęchlizny.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem ideałem. To prawda. Sama często powtarzam, że mam dobre serduszko, tylko wyjątkowo chujowy charakter. Dużo przez to tracę, ale i często na tym zyskuję. Można się sprzeczać, czy to dobrze czy źle, tylko, kto z nas jest bez winy? A kto na siłę próbuje udowodnić światu, że jest lepszy, niż pokazuje rzeczywistość? Na pewno nie ja.

To śmieszne, kiedy po raz kolejny uświadamiam sobie, że żywię dwa przeciwstawne uczucia do jednej mojej cechy. Kocham swój egoizm, ale częściej go nienawidzę. To rozstraja moje myśli.

Mam patologiczną potrzebę bliskości.
Mimo to nie daję się dotknąć. Nie pozwalam się poznać.

To mnie rujnuje i równocześnie utrzymuje przy życiu. Kiedy moja opowieść zatacza koło, myśli rozsypują się w pył.


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

We never change

Często jestem zbyt niepewna siebie. Zarówno w relacjach z innymi, jak i w zderzeniu z rzeczywistością. To pewnie nie zabrzmiałoby wiarygodnie w uszach moich znajomych, bo staram się to ukrywać na wszelkie możliwe sposoby. A jednak często walczę z tym w zwykłych codziennych sytuacjach. Mimo, że bywa, iż wychodzę na przemądrzałą, niepokorną, to jednak tkwi we mnie i nie daje o sobie zapomnieć.

Jestem nieśmiała, zamknięta w sobie. Owszem, to nie jest tak, że nie potrafię sobie poradzić w sytuacji, gdy poznaję kogoś nowego, że odwracam wzrok, twarz i nie umiem wydusić z siebie słowa. Nie, ja często maskuję swoją nieśmiałość głupimi żartami, gadaniem o głupotach, śmiechem. A mimo to wewnątrz mnie aż skręca, bo to tylko powierzchowne. Wszystkie moje ruchy i słowa są nerwowe, pełne emocji, trzeba się im przyjrzeć z bliska by dostrzec, że jestem ogromnie skrępowana, że mówienie przychodzi mi z trudem. Że trudno mi nie spuścić wzroku i nie ściszać głosu, nie urywać końcówek wyrazów.

W życiu trudno polegać na słowach: "Siedź w kącie, znajdą Cię". Tak naprawdę trzeba czerpać z niego ile się da, robiąc to rozsądnie. Jednak, gdy w człowieku tkwi przekonanie, że nie zasługuje na to co dobre, pojawia sie iskierka zwątpienia we wszystko co się robi. Naiwne, prawda? Często myślę, że mój perfekcjonizm, z którym zacięcie walczę, to tylko kolejna oznaka tego, że sama w siebie nie wierzę.

Wiem, że kiedyś było trudniej. Inaczej. Były czasy, kiedy nie potrafiłam chociażby uwierzyć, że kiedyś coś dobrego mi się przydarzy. Ba, to, że będę w stanie zawalczyć o swoje szczęście wydawało się największym absurdem, o jakim mogłam słyszeć. Nie potrafiłam zrozumieć, że mój los leży wyłącznie w moich rękach, że nikt nie pociąga za sznurki, a fatum to tylko smutna legenda.

Potem przyszedł czas na zmianę poglądów. Na dostrzeżenie tego, że nie trzeba być najlepszym, czy nawet wyjątkowo dobrym, by osiągnąć swoje cele. Wystarczy spory nakład pracy i wkład serca. Może nie wszystkie bariery da się przeskoczyć jednym susem, ale dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.

Długo żyłam w tym przekonaniu i wciąż myślę, że to jedna z najważniejszych zasad w życiu - zawsze próbować. A mimo to mam tyle wątpliwości co do siebie. Mam sobie tyle do zarzucenia, znowu bardzo mocno sobie nie ufam i czuję, że stoję z tyłu. Chciałabym kiedyś czuć, że w swoich oczach jestem dobra taka jaką jestem od zawsze. Że nie trzeba wielkich zmian, by po raz kolejny podwyższyć poprzeczkę. Chciałabym być pewna siebie, a równocześnie nie sprawiać wrażenia zarozumiałej. Odnaleźć swój złoty środek i nie zastanawiać się nad tym nigdy więcej.

Nie wiem jak się z tego wyleczyć, w jaki sposób dać sobie szansę. Może jeszcze nie dorosłam, może za mało się staram. Czasem jest mi po prostu trudno, gdy zauważam, że niewiele się w tej kwestii zmienia na przestrzeni lat. Zwłaszcza, kiedy dostrzegam, że są ludzie, którzy od długiego czasu wierzą we mnie bardziej, niż ja sama.


środa, 13 sierpnia 2014

Earth to bella

Trochę to przykre, że nasza historia zatacza koło rok w rok. Że gdzieś pośród własnych uciech, oddawania się temu, co ważne i ważniejsze nie znajdujemy czasu dla siebie nawzajem. Tak celebrujemy nasze wakacje - z daleka od siebie. A mi z roku na rok przychodzi to coraz trudniej. Chciałabym Ci to powiedzieć prosto w oczy, Chloe, ale Twoich oczu nie widziałam już od prawie dwóch miesięcy. Brakuje mi ich widoku, Twojego zapachu, głosu. Brakuje mi każdej najmniejszej cząstki Ciebie, bo czuję się zsunięta na margines Twojego życia. Tak jakby było w nim miejsce tylko dla jednej osoby...

Każdego dnia wchodzę na Twoją zupę, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. Czasem gdy to robię, czuję się trochę, jakbym z Tobą rozmawiała, choć Ty nie masz teraz na to czasu. Czasem czuję, jakbyś miała do mnie żal, że nie próbuję być obok na siłę. Wiesz, trochę się martwię, taka już jestem, nigdy nie pozbędę się myśli, że wciąż jesteś malutką dziewczynką, która dzwoni do mnie w środku nocy i płacze, żaląc się na całe zło wszechświata do słuchawki. Maleństwem, które trzeba tulić w ramionach, przystając co kilka metrów, bo znów masz łzy w oczach. Widzisz, ja to wszystko pamiętam, mam to wyryte w pamięci. Wszystkie wspólne spacery, moje nagłe "już jestem" i każdą rozmowę, każdy smutek. Nasze piosenki, moje wyrzuty, Twoje rozczarowania mną. Pamiętam swoje beznadziejne pocieszanie Cię.

Gdzie jesteś, kiedy ja potrzebuję chodzić polnymi ścieżkami i rozpadać się co 2 metry?

Ja tak tego nie przeżywam. Przerabiam Twoją historię, ale w zupełnie inny sposób. Nie płaczę wieczorami i nie złoszczę się o to, co nieuniknione. Jasne, czasem jest mi cholernie przykro i najlepszym wyjściem wydaje się zaszycie się w samotności i przeczekanie. Ty wiesz, że ja nie potrafię być słaba za długo. Że im więcej kłód pod nogami, tym szybciej jestem się w stanie z nimi uporać. Cieszę się z drobiazgów o wiele bardziej niż zazwyczaj. Świętuję każdą chwilę tutaj i ciągle chciałabym więcej. Mam w sobie pokłady tęsknoty za tym, czego nawet jeszcze nie doświadczyłam. Kocham, tak jak jeszcze nigdy nie kochałam, inaczej, dojrzalej, jestem tak szczęśliwa, jak jeszcze nigdy nie byłam. Wiem, że pewnie mnie nie rozumiesz, chociaż chciałabym żeby było inaczej. Chciałabym Ci to wszystko wyjaśnić, powiedzieć, ale nie mogę. Jedyna osoba, która musiała wiedzieć, wypowiedziała to za mnie. I wybrzmiało w moich uszach, o jeden raz za dużo. A mimo to chciałabym razem pomilczeć. Bo nie wiem co mogłabym Ci teraz dać od siebie, jakie słowa wyraziłyby to wszystko co od kilku tygodni zbywam słowami: "To jest do przerobienia w cztery oczy. To nie jest rozmowa na sms'y etc.". Układałam to sobie w głowie od dawna, myślałam nad tym bardzo długo, ale ta historia w mojej głowie się kruszy, bo ma zbyt wiele płaszczyzn. Nie da się opowiedzieć wszystkiego na raz.

Cieszę się, że wszystko się ułożyło. Udało Ci się. Jesteś tam gdzie chciałaś być. Jeśli nie ma w tym miejsca dla mnie... Trudno. Dla Ciebie zawsze będzie miejsce w moim sercu. Nawet jeżeli nie będę mogła Ci wszystkiego opowiedzieć.

Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że odżyłam; że udało mi się wreszcie wyjść na prostą i znów poczuć prawdziwe szczęście. Moje szczęście, które pachnie wieczornym powietrzem po deszczu, podczas spaceru; ma słony smak kropel potu na całym ciele; które jest w dotyku ciepłe i delikatne, gdy wspólnie splatamy dłonie i usta. To mi daje siłę, by radzić sobie na co dzień. Chwila melancholii przychodzi zupełnie niespodziewanie, bo przecież mam własną sielankę. Pięknie brzmiąca "noc spadających gwiazd" zawsze wpływa na mnie w taki sposób. Może gdyby wczorajszy wieczór był inny, gdyby nie był samotnym opieraniem policzka o zimną szybę, byłoby łatwiej. Gdyby przeżywać to razem, wspólnie. Z głową na Kocim ramieniu i z myślami, bliskimi Tobie, Chloe, czekając aż znów się pojawisz obok. Dziś miałaś tu być, a jednak wciąż coś jest ważniejsze. Nic nie poradzę, że jestem kiepska w byciu ważną.

A tak brzmiał nasz początek, pamiętasz? Zabawne, że odnajduję tę piosenkę akurat teraz, zupełnie przypadkiem. Zabawne, że to akurat ta piosenka. Może warto się trochę cofnąć, by móc z powrotem wyruszyć do przodu.