Często jestem zbyt niepewna siebie. Zarówno w relacjach z innymi, jak i w zderzeniu z rzeczywistością. To pewnie nie zabrzmiałoby wiarygodnie w uszach moich znajomych, bo staram się to ukrywać na wszelkie możliwe sposoby. A jednak często walczę z tym w zwykłych codziennych sytuacjach. Mimo, że bywa, iż wychodzę na przemądrzałą, niepokorną, to jednak tkwi we mnie i nie daje o sobie zapomnieć.
Jestem nieśmiała, zamknięta w sobie. Owszem, to nie jest tak, że nie potrafię sobie poradzić w sytuacji, gdy poznaję kogoś nowego, że odwracam wzrok, twarz i nie umiem wydusić z siebie słowa. Nie, ja często maskuję swoją nieśmiałość głupimi żartami, gadaniem o głupotach, śmiechem. A mimo to wewnątrz mnie aż skręca, bo to tylko powierzchowne. Wszystkie moje ruchy i słowa są nerwowe, pełne emocji, trzeba się im przyjrzeć z bliska by dostrzec, że jestem ogromnie skrępowana, że mówienie przychodzi mi z trudem. Że trudno mi nie spuścić wzroku i nie ściszać głosu, nie urywać końcówek wyrazów.
W życiu trudno polegać na słowach: "Siedź w kącie, znajdą Cię". Tak naprawdę trzeba czerpać z niego ile się da, robiąc to rozsądnie. Jednak, gdy w człowieku tkwi przekonanie, że nie zasługuje na to co dobre, pojawia sie iskierka zwątpienia we wszystko co się robi. Naiwne, prawda? Często myślę, że mój perfekcjonizm, z którym zacięcie walczę, to tylko kolejna oznaka tego, że sama w siebie nie wierzę.
Wiem, że kiedyś było trudniej. Inaczej. Były czasy, kiedy nie potrafiłam chociażby uwierzyć, że kiedyś coś dobrego mi się przydarzy. Ba, to, że będę w stanie zawalczyć o swoje szczęście wydawało się największym absurdem, o jakim mogłam słyszeć. Nie potrafiłam zrozumieć, że mój los leży wyłącznie w moich rękach, że nikt nie pociąga za sznurki, a fatum to tylko smutna legenda.
Potem przyszedł czas na zmianę poglądów. Na dostrzeżenie tego, że nie trzeba być najlepszym, czy nawet wyjątkowo dobrym, by osiągnąć swoje cele. Wystarczy spory nakład pracy i wkład serca. Może nie wszystkie bariery da się przeskoczyć jednym susem, ale dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
Długo żyłam w tym przekonaniu i wciąż myślę, że to jedna z najważniejszych zasad w życiu - zawsze próbować. A mimo to mam tyle wątpliwości co do siebie. Mam sobie tyle do zarzucenia, znowu bardzo mocno sobie nie ufam i czuję, że stoję z tyłu. Chciałabym kiedyś czuć, że w swoich oczach jestem dobra taka jaką jestem od zawsze. Że nie trzeba wielkich zmian, by po raz kolejny podwyższyć poprzeczkę. Chciałabym być pewna siebie, a równocześnie nie sprawiać wrażenia zarozumiałej. Odnaleźć swój złoty środek i nie zastanawiać się nad tym nigdy więcej.
Nie wiem jak się z tego wyleczyć, w jaki sposób dać sobie szansę. Może jeszcze nie dorosłam, może za mało się staram. Czasem jest mi po prostu trudno, gdy zauważam, że niewiele się w tej kwestii zmienia na przestrzeni lat. Zwłaszcza, kiedy dostrzegam, że są ludzie, którzy od długiego czasu wierzą we mnie bardziej, niż ja sama.
Trochę to przykre, że nasza historia zatacza koło rok w rok. Że gdzieś pośród własnych uciech, oddawania się temu, co ważne i ważniejsze nie znajdujemy czasu dla siebie nawzajem. Tak celebrujemy nasze wakacje - z daleka od siebie. A mi z roku na rok przychodzi to coraz trudniej. Chciałabym Ci to powiedzieć prosto w oczy, Chloe, ale Twoich oczu nie widziałam już od prawie dwóch miesięcy. Brakuje mi ich widoku, Twojego zapachu, głosu. Brakuje mi każdej najmniejszej cząstki Ciebie, bo czuję się zsunięta na margines Twojego życia. Tak jakby było w nim miejsce tylko dla jednej osoby...
Każdego dnia wchodzę na Twoją zupę, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. Czasem gdy to robię, czuję się trochę, jakbym z Tobą rozmawiała, choć Ty nie masz teraz na to czasu. Czasem czuję, jakbyś miała do mnie żal, że nie próbuję być obok na siłę. Wiesz, trochę się martwię, taka już jestem, nigdy nie pozbędę się myśli, że wciąż jesteś malutką dziewczynką, która dzwoni do mnie w środku nocy i płacze, żaląc się na całe zło wszechświata do słuchawki. Maleństwem, które trzeba tulić w ramionach, przystając co kilka metrów, bo znów masz łzy w oczach. Widzisz, ja to wszystko pamiętam, mam to wyryte w pamięci. Wszystkie wspólne spacery, moje nagłe "już jestem" i każdą rozmowę, każdy smutek. Nasze piosenki, moje wyrzuty, Twoje rozczarowania mną. Pamiętam swoje beznadziejne pocieszanie Cię.
Gdzie jesteś, kiedy ja potrzebuję chodzić polnymi ścieżkami i rozpadać się co 2 metry?
Ja tak tego nie przeżywam. Przerabiam Twoją historię, ale w zupełnie inny sposób. Nie płaczę wieczorami i nie złoszczę się o to, co nieuniknione. Jasne, czasem jest mi cholernie przykro i najlepszym wyjściem wydaje się zaszycie się w samotności i przeczekanie. Ty wiesz, że ja nie potrafię być słaba za długo. Że im więcej kłód pod nogami, tym szybciej jestem się w stanie z nimi uporać. Cieszę się z drobiazgów o wiele bardziej niż zazwyczaj. Świętuję każdą chwilę tutaj i ciągle chciałabym więcej. Mam w sobie pokłady tęsknoty za tym, czego nawet jeszcze nie doświadczyłam. Kocham, tak jak jeszcze nigdy nie kochałam, inaczej, dojrzalej, jestem tak szczęśliwa, jak jeszcze nigdy nie byłam. Wiem, że pewnie mnie nie rozumiesz, chociaż chciałabym żeby było inaczej. Chciałabym Ci to wszystko wyjaśnić, powiedzieć, ale nie mogę. Jedyna osoba, która musiała wiedzieć, wypowiedziała to za mnie. I wybrzmiało w moich uszach, o jeden raz za dużo. A mimo to chciałabym razem pomilczeć. Bo nie wiem co mogłabym Ci teraz dać od siebie, jakie słowa wyraziłyby to wszystko co od kilku tygodni zbywam słowami: "To jest do przerobienia w cztery oczy. To nie jest rozmowa na sms'y etc.". Układałam to sobie w głowie od dawna, myślałam nad tym bardzo długo, ale ta historia w mojej głowie się kruszy, bo ma zbyt wiele płaszczyzn. Nie da się opowiedzieć wszystkiego na raz.
Cieszę się, że wszystko się ułożyło. Udało Ci się. Jesteś tam gdzie chciałaś być. Jeśli nie ma w tym miejsca dla mnie... Trudno. Dla Ciebie zawsze będzie miejsce w moim sercu. Nawet jeżeli nie będę mogła Ci wszystkiego opowiedzieć.
Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że odżyłam; że udało mi się wreszcie wyjść na prostą i znów poczuć prawdziwe szczęście. Moje szczęście, które pachnie wieczornym powietrzem po deszczu, podczas spaceru; ma słony smak kropel potu na całym ciele; które jest w dotyku ciepłe i delikatne, gdy wspólnie splatamy dłonie i usta. To mi daje siłę, by radzić sobie na co dzień. Chwila melancholii przychodzi zupełnie niespodziewanie, bo przecież mam własną sielankę. Pięknie brzmiąca "noc spadających gwiazd" zawsze wpływa na mnie w taki sposób. Może gdyby wczorajszy wieczór był inny, gdyby nie był samotnym opieraniem policzka o zimną szybę, byłoby łatwiej. Gdyby przeżywać to razem, wspólnie. Z głową na Kocim ramieniu i z myślami, bliskimi Tobie, Chloe, czekając aż znów się pojawisz obok. Dziś miałaś tu być, a jednak wciąż coś jest ważniejsze. Nic nie poradzę, że jestem kiepska w byciu ważną.
A tak brzmiał nasz początek, pamiętasz? Zabawne, że odnajduję tę piosenkę akurat teraz, zupełnie przypadkiem. Zabawne, że to akurat ta piosenka. Może warto się trochę cofnąć, by móc z powrotem wyruszyć do przodu.
Jesteśmy pokoleniem niedopowiedzeń. Przemilczeń, niewypowiedzeń ciszy. Pokoleniem, w którego rzeczywistość brak miejsca na nicość i nijakość. Wieczny szum, zagłuszanie, urywanie wypowiedzi. Wieczne "za chwilę",
"dokończę później", "jutro". Wieczny bałagan i chaos, myśli i
wypowiedzi. Pourywane konteksty, poszarpane emocje, ponadgryzane
koniuszki języków. Żeby przypadkiem nie powiedzieć jednego słowa za
dużo.
Jesteśmy pokoleniem nieładu. Nie układamy wszechświata
ani w naszych głowach, ani nawet nie mamy w planach go układać. Nie
wierzymy, że da się cokolwiek uporządkować, uregulować. Usprawnić. Mamy
marzenia, które graniczą z mrzonkami; nadzieje, których nie jesteśmy
pewni. Przemyślenia, które chowamy sami przed sobą - nie na dnie
szuflady, nie w kieszeniach. One gromadzą nam się na opuszkach
zmarzniętych dłoni, które czasami potrzebują, by ktoś je mocno chwycił i
pokazał, którędy iść. Pod podeszwami butów, gdy niepewnie stawiamy
kroki w przyszłość.
Kryją się za misternym uniesieniem kącików ust, w cynicznym uśmiechu. Pod powiekami, kiedy uciekamy w sen.
Jesteśmy
pokoleniem, które wierzy w nic. I nawet tego nie widzi. Bo
wokół przecież wszystkiego jest aż nadto. Dookoła wieczny hałas, tłok,
przesyt. Tylko w środku jakoś tak pusto. Nijako.
Tylko
chwilami jakoś tak przykro, że uciekło to nasze dzieciństwo, a dorosłość
jeszcze nie nadeszła. Że dokonaliśmy już niejednego wyboru i niejednego
gorzko pożałowaliśmy.
Tylko chwilami głupio, że są tacy, którzy TYLKO w to wierzą.
Ja nie wierzę w dobre zakończenia i złe początki, w zwroty akcji i
napięcie, które wokół siebie budujemy. Wierzę natomiast w cele. Bez
półśrodków, ciszy. Może jutro będzie gorzej, ale jeśli jest do czego
dążyć, to warto. I jeśli nawet nie umiemy dziś zdefiniować świata, ubrać
go w słowa, czy cokolwiek innego, jeśli nie potrafimy się w nim
odnaleźć i nie potrafimy go zmienić... Przecież nikt nie każe nam nic
zmieniać. My po prostu, powinniśmy mieć do czego dążyć.
My po prostu nie powinniśmy wiecznie niedopowiadać naszego życia. Prawda, Kocie?
Dzisiaj dla odmiany kilka słów bez akompaniamentu muzyki.
Wdech. Wydech. Jestem tak pozytywnie naelektryzowana, pobudzona do życia, że chwilami zapominam, że gdzieś w między czasie muszę zaczerpnąć powietrza w płuca. Cholernie potrzebowałam tego ruchu, dosłownie i w przenośni. Coś zaczęło się dziać, coś utknęło w miejscu, ale w końcu zregenerowałam się na tyle, by móc poczuć dawną iskrę.
Nie lubię stagnacji, poczucia, że stoję w miejscu. Szukam zawsze nowego, nieznanego, by móc bawić się tym i poznawać od zera. Rozleniwiłam się przez ostatnie trzy lata, stanęłam gdzieś z boku i przyglądałam się innym - zamiast poświęcać czas sobie, cieszyłam się z cudzych uciech. To był wielki błąd - zamiast doświadczać nowego, nie-mojego, utkwiłam na chwilę i ciężko mi się było z tego wygrzebać.
Może problem tkwi we mnie. W tym, że nie dopuszczam ludzi do swoich pasji; że egoistycznie kocham poświęcać się temu, co lubię, w kompletnej samotności. Może po prostu świata nie interesuje to, co robię dla siebie, więc nikt nie zadaje sobie na tyle trudu, by choćby zapytać, co schowałam ostatnio do szuflady, a tylko podsuwa mi swoje pismo pod nos. Nie wiem, nie oceniam. Kiedyś lubiłam czuć się ważna, dzięki temu, że coś mi wychodzi. Lubiłam słuchać komplementów, wystawiałam się na krytykę i to mi pomagało. Teraz nie odkrywam się z tym, bo nie potrzebuję poklasku. Sama wobec siebie jestem najsurowszym krytykiem.
Czasem tęsknię do czasów, kiedy kompletnie amatorsko bawiliśmy się w teatr. Kiedy po każdym zejściu ze sceny nabijałam sobie kolejne siniaki, bo w naszym spektaklu Mały Książę upuszczał różę i padał na ziemię z wielkim hukiem. Kiedy ślizgałam się po posadzce, bo Alicja z Krainy Czarów chciała wszędzie zajrzeć, skupiała na sobie spojrzenia każdego widza i nie mogła ustać w bezruchu. Kiedy mogłam wyjść, być sobą, nie będąc sobą i czuć, że komuś może się to podobać.
Potem każdej z nas zabrakło na to czasu, nikt nie chciał się dziecinnie bawić w przebieranki. Zostawiłyśmy za sobą te nasze malutkie sukcesy, sukcesiki i zamknęłyśmy za sobą pewien etap. Nie byłam tą, która tego chciała, a jednak to ja musiałam rozmawiać z naszą panią Jot, tłumaczyć się za innych i widzieć żal w jej oczach, bo ten wspólny czas był mimo wszystko dobry.
Próbowałam w życiu różnych rzeczy, nie wszystko szło tak jakbym chciała, zarzucałam zaciekawienie jednym tematem i natychmiast znajdywał się inny. Są rzeczy, które towarzyszą mi od zawsze, jak moje rysunki, ołówki i słowa. Są takie, do których pewnie nigdy nie wrócę, jak piękna gitara nad moim łóżkiem. Przez lata nauczyłam się doceniać to, co robię. Cieszyć się z tego na tyle, na ile tylko potrafię. Pokochałam swoje małe pasje i czerpię z nich energię w każdej chwili załamania. A mimo to, ten rok był inny. Przyniósł sporo potknięć i brak chęci do robienia czegokolwiek. Uciekła mi ta radość z własnych dziwnych wyobrażeń o świecie i z własnego kreowania rzeczywistości. Może to musiało kiedyś przyjść, by móc na nowo odżyć.
Teraz odzyskałam energię. Chęć do poszukiwania w sobie, tego co jeszcze nie odkryte i przelewania tego na papier. Próbuję zrozumieć, odnaleźć się w nowej sytuacji, odkryć swoje dotychczasowe błędy. Rozpalić relacje, które przygasły, bo ja się zaczęłam wypalać. Znowu widzieć, słyszeć, rozumieć własne uczucia, bez poczucia, że ciągle coś tracę, gdy rezygnuję z chwili na wyciszenie.
Pozamykałam pewne jątrzące się sprawy, wyszłam na czysto ze wszystkim, co musiałam do tej pory zrobić i właściwie, na dzień dzisiejszy, z każdym dniem czuję się lepiej. W głowie kołaczą mi myśli o przyszłości pełnej tęsknoty, ale nie chcę tracić radości z ich powodu. Wolę szukać w sobie kolejnych pokładów energii, widzieć to wszystko tak, jak sobie to wymarzyłam. Odnaleźć w końcu spokój w sobie i przełożyć to na swoje zdrowie. Niedługo czeka mnie kolejne dwa tygodnie męczenia się z własnym ciałem, chociaż nie widzę w tym głębszego sensu. Sama pomogłam sobie najbardziej, zmieniając dotychczasowe nawyki. Ruszając do przodu. I tego się trzymam - roztkliwianie się nad ubiegłymi historiami przynosi tylko gorycz, ból albo stagnację.
Czasem tęsknię do tego co było kiedyś, ale potem przypominam sobie, że dziś jest wspaniały dzień, by utrwalić go w pamięci na przyszłość. By móc kiedyś zatęsknić za teraźniejszością. I staram się uczynić go takim, zapisać, zapamiętać. I odnajduję w głowie migawki, patrzę z dumą na to co kiedyś utrwaliłam. I wiem, że warto.
Znalazłam kilka swoich słów z ubiegłej jesieni. Zabawne, że teraz są mi o wiele bliższe, niż były, gdy je zapisywałam, najpierw na skrawku kartki, a potem na klawiaturze komputera.
"Pada. Jesienna pogoda nagle staje się usprawiedliwieniem dla
wszystkich złych nastrojów, niezadowolenia i posmutniałych twarzy.
Pytanie tylko, co usprawiedliwiało wykrzywione miny nim z nieba polały
się pierwsze strugi.
Gdzieś pomiędzy pogonią za wyznaczonymi celami a przeżywaniem teraźniejszości, w życie większości z nas zaczyna wkradać się źle pojęty
cynizm. Zaczynamy tracić wiarę we wszystko, co ludzkie. We wszystko, za co nie możemy nic otrzymać lub co ktoś daje nam od
siebie, nie wymagając niczego w zamian. Codziennie widzę, jak ludzie
coraz bardziej wpatrzeni we własne „ja”, uważający się za
inteligentnych, postępowych, tak naprawdę tracą własną osobowość. Stają
się kolejną jednostką, która ślepo krytykuje wszystko, co ją otacza.
Która, wierząc w swoje racje, lekceważy wszystko, co zawdzięcza innym.
Traci przyjaciół, znajomych. W imię kwestii posiadania. W imię
wmówionego sobie cynizmu.
Natknęłam się kiedyś na cytat Stachury: „Ludzi coraz więcej, a człowieka coraz
mniej”, i trudno wyrazić słowami, jak głęboko oddaje on
dzisiejszą rzeczywistość. Bo jeśli cynizm, jeśli pesymizm, to tylko
taki, który wnosi coś w życie nasze i innych. To tylko taki, który
motywuje, który zamiast wierzyć w obietnice poprawy, w
puste słowa, wierzy w czyny. Jeśli już niewiara w jakiekolwiek ideały,
to tylko taka, która jest ponad ideałami. Która do czegoś dąży i nie ufa
bezsensownym formułkom.
Tak naprawdę chyba niewiele osób dzisiaj jest w stanie zdobyć się na
bycie ponad realiami. Mało ludzi jest w stanie zapomnieć o samym sobie i
po prostu się poświęcić. Dla lepszego jutra, dla kogoś, kto jest dla
nas najważniejszy, a czasem dla kogoś, kto prawie nic dla nas nie
znaczy. I może nie każdy potrafi się zmienić, ale każdy powinien umieć
naprawiać błędy. Rozumieć je. Postarać się, zamiast narzekać na
rzeczywistość, która nas otacza. Bo czym jest ta rzeczywistość, jeśli
nie wytworem nas samych?
Kiedyś, kiedy już dojdziesz do wniosku, że świat jest
niesprawiedliwy, a życie jest podłe, miej świadomość, że to, co
najbliżej Ciebie, stworzyłeś sam. A ja? Nikogo nie próbuje nawrócić,
nikomu nie wpajam nadmiaru wzniosłych słów – po prostu idę przeżywać
własne szczęście, przez resztę swojego życia. I może z odrobiną cynizmu,
i niewiary w zmiany, ale za to w z wiarą w to, że moje realia to tylko i
wyłącznie mój wybór."
Biegałam. Odbębniłam ćwiczenia na dziś. Serce bije mi tak, jakby zaraz miało wyskoczyć z klatki piersiowej, jakby chciało uciec i nie czuć. Jestem na siebie tak bardzo zła; tak, kurwa, wściekła, że aż mi brakuje tchu.
Nie potrafię biegnąc nie uciekać. Nie potrafię uciekając nie słyszeć kroków za sobą. Nie potrafię wsłuchując się w wieczorny szum nie odwracać głowy do tyłu. I jestem na siebie tak wściekła, że aż spokojna. Słodko gorzki posmak w ustach, słodko gorzkie poczucie rozdrapywania starych wspomnień. A przecież przyschły, zniknęły na tak długo.
Czasem wydaje mi się, że jeśli odsunę się wystarczająco daleko, to strata nie zaboli, a przecież już teraz boli mnie sama myśl o niej. Trudno mi się nie wyłączać, nie odcinać od rzeczywistości, kiedy tyle słów krąży mi po głowie. Pozwalam im ponieść się daleko stąd, rozliczyć się z przeszłością.
Wczorajszej nocy przyśnił mi się koncert. Ile ja bym dała, by być tam jeszcze raz. Pierwszego lipca, trzy lata temu. Zanim wszystko się skończyło i rozpoczęło na nowo. Pamiętam ten dzień od początku do końca. Deszcz, chłód, gorąco, pot, ścisk, ogłuszające dźwięki, swoją euforię. Pamiętam podróż, ekscytację, oczekiwanie pół roku wcześniej. Pamiętam jak cieszyłam się, gdy w końcu miałam w ręce swój bilet. Pamiętam nasze całonocne rozmowy, długowłosego G. i tak bliską mi wtedy P., zatrzymujące się auto i pewność, że jeśli jej do siebie nie przycisnę, jeśli nie chwycę jej całą sobą - ucieknie. Nie tylko z auta. Więc trzymałam ją mocno w ramionach, zagryzając wargi i czułam jak szarpie się ze mną, jak się wyrywa, złości, a potem uspokaja i pozwala się przytulić. Była wtedy jak nieoswojone zwierzątko, bała się mnie, pomimo zaufania. Wtedy została, bo mogła mieć mnie prawie na wyłączność. Potem już nigdy nie byłam tylko jej, tylko dla niej.
I uciekła, bo przecież mnie łatwo z siebie zdmuchnąć, jak pyłek. A później nagle przyszło zapomnienie, o łączących nas chwilach, doświadczeniach. O wszystkim. Straciłam P., G., naszą przyjaźń, a to, co nas wtedy łączyło, 1 lipca, trzy lata temu, nagle zniknęło, tak jakby nigdy nie miało miejsca. Dla mnie było warte o wiele więcej niż tylko przeprosin po pijaku w chwili samotności. Wtedy zabolało, teraz mnie to zmiażdży.
Wszystkich dookoła bawi to jak o sobie mówimy, jak próbujemy się nawzajem przekonać, że to logiczne, że wiedzieliśmy na co się piszemy. Nie mówią tego na głos, ale widzę ich rozbawione naszą naiwnością oczy.
Tym razem to ja zwyczajnie uciekam. Dosłownie i metaforycznie. Fizycznie i psychicznie. Mówię, że biegnę, ale to tylko kilkadziesiąt histerycznych kroków. Nie jestem w tym dobra; w uciekaniu. Jestem dobra w byciu, wcześniej, później, tu i teraz, gdziekolwiek, kiedykolwiek... Dopóki nie przyjdzie zapomnienie.
Tamta noc upłynęła pod znakiem Scorpionsów, teraz pozostała mi tylko cisza.
Miasto Marzeń przywitało mnie piękną pogodą i magiczną atmosferą. Ja powitałam je koszulką z napisem "Dreams come true... so don't stop dreaming" i szerokim uśmiechem. Mimo, że spędziłam w aucie całą noc bez chwili snu i po drodze spotkało mnie kilka nieprzyjemnych niespodzianek - ani przez chwilę nie miałam ochoty odpoczywać. Od razu wybrałam się na nieco dłuższy spacer przed otwarciem biur rekrutacyjnych, choć było dopiero po 7.
Wszystko załatwiłam od ręki, czym byłam dość pozytywnie zaskoczona. Nie byłam pewna na czym mają polegać badania lekarskie, więc na wszelki wypadek podarowałam sobie śniadanie, za to wlałam w siebie dużą kawę i przeszłam spory kawałek drogi w bardzo szybkim tempie - w efekcie prawie odesłano mnie do kardiologa z tętnem 134 :D Na szczęście jakoś się wymówiłam.
Jestem zakochana w tych wąskich uliczkach, cudownych kamienicach, parkach, Starym Mieście, w poczuciu wolności, kiedy w końcu zamknęłam za sobą pewien etap życia. Dopiero tam, wśród tych wszystkich starych klimatycznych budynków, miliona nieznanych mi miejsc - poczułam, że w końcu mogę oddychać. Bez strachu o jutro, bez czarnych myśli. To jest moja szansa na lepsza przyszłość, zasłużyłam na to.
Pewnie jestem głupia i sentymentalna, pewnie z czasem to wszystko przestanie się wydawać snem na jawie i po prostu zszarzeje, sczeźnie, stanie się rutyną, ale póki co nabieram głębokiego oddechu i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jest właśnie moje miejsce. Jeszcze zdążę je znienawidzić. Dzisiaj mogę tylko uśmiechnąć się do siebie i wierzyć, że uda mi się tam w pełni odnaleźć.
Liczę spadające gwiazdy, pielęgnując w głowie pewne plany. W końcu marzenia się spełniają, a ja mam ich aż nadto :)
Zastanawiam się, ile pozostanie z tych naszych dłuższych lub krótszych znajomości za niespełna rok. Z iloma osobami będę się spotykać, wymieniać uściski i uśmiechy jakby minął jeden dzień od naszego ostatniego spotkania, podczas gdy nie będziemy się widzieć miesiąc, może nawet kilka. Kto stanie się obcy, kto pozostanie bliski.
Jestem świadoma tego jak wiele zmian czeka mnie na chwilę obecną. Potrafię podjąć wyzwanie, ale mimo to w głębi serca boję się samotności. Tej "niekontrolowanej". Lubię spędzać czas we własnym towarzystwie, ale przecież to tylko względne. Wiem, że zawsze mam do kogo pójść, z kim porozmawiać. Wiem, że kiedy wszystko wali się na głowę są ludzie, którzy rzucą dla mnie wszystko. Ale wiem też, że ci ludzie będą przeze mnie cierpieć, będą tęsknić i to wcale niczego mi nie ułatwia.
Moja A. szuka nowego sposobu na życie, wolności, samodzielności i po prostu szczęścia. Moja rola w jej życiu z czasem zupełnie wyblaknie.
K. podejmie walkę o marzenia, będzie próbowała udowodnić, że jest lepsza, niż wszystkim się wydaje. I ma rację, bo to prawda. Pewnie jeszcze nie raz będzie mnie sprowadzać na złą drogę
Chloe wejdzie w nowe życie, ze swoją starą miłością. I nie wiem, czy znajdzie się w nim miejsce dla mnie.
Aś będzie musiała stawić czoła ogromowi przeciwności. Zawsze pozostanie mi bliska. A mimo to przykro mi na myśl, że często nie będzie mnie obok, kiedy ona będzie tego potrzebowała.
Jestem pewna tylko jednej osoby. I nie chodzi o to, czy relacja z nią przetrwa czy nie - nigdy nie zabraknie dla niej miejsca w moim sercu. Wierzę, że razem damy radę, ale wiem, ile przeze mnie wycierpi. Ile smutku i trudu będzie ją to kosztować. Zrozumiem, kiedy wybierze życie tutaj. Szczęśliwe życie - tylko tego sobie życzę dla tej osoby, niczego więcej mi nie potrzeba. Nawet jeśli będzie mnie to kosztowało roztrzaskane serce. Wszyscy wiedzieliśmy na co się piszemy - próbuję się tym usprawiedliwiać sama przed sobą.
Wszystko to przeleciało mi przed oczyma, gdy siedziałam na kocu przy dogasającym ognisku, zwinięta w kłębek, kiedy noc ustępowała miejsca porankowi, a dookoła mnie siedzieli ludzie, których miałam przy sobie przez ostatnie trzy lata i mówili o wspólnym mieszkaniu. Może to wcale nie takie proste zostawić wszystko za sobą... Mimo to, nikt z nich nie wie, ile tutaj przeżyłam. I nigdy się nie dowiedzą, dlaczego wyjadę 500km stąd.
Może właśnie to zaboli ich najbardziej.
Dla mnie to świeży start. Dwa tygodnie temu odetchnęłam z ulgą - mogę pożegnać się z wewnętrznym bólem. Jestem w tym momencie cholerną egoistką i sporo zapłacę za trzymanie się kurczowo wyznawanych wartości... Po prostu ponad wszystko cenię życie.
A tutaj go dla mnie nie ma i nigdy nie będzie.